|
Grzybów był w owych czasach prawdziwą stolicą handlu i piwa.
W wieku XVII działało tu aż ... 28 browarów ! A gdzie piwo, to i zabawa a i dziewki gładkie. Gospoda na Grzybowie pękała zawsze w szwach, słynna i z wielości toczonych piw i ze smakowitego jadła. Nacji tu się zjeżdżało najrozmaitszych.
O piwo i pieczyste wołano w różnych językach: każdy po swojemu, szlachta z Korony i Litwy, kozacy z Ukrainy, Tatarzy i Węgrzy w służbie magnatów, co na sejmy i elekcyje przybywali, najemni oficjerowie królewscy: Francuzy, Niemcy, Szkoty, Szwedy, Irlandczycy, tęgie ochlaptusy, nawet cudzoziemscy posłowie do gospody ściągali. Siła ich tu stacjonowała, także ci od wielkiego sułtana z Turcji, co to połową świata trząsł, Grzybów sobie upodobali.
Tu i bazar ormiański blisko, za miedzą kupcy żydowscy, towaru w bród, pohandlować było można , a potem hulaj dusza... Pili, używali, po swojemu śpiewali różne pieśni, zawsze w gospodzie wesoło było i gwarnie, nikt nikomu nie wadził.
Kawalerowie zacni na heblowanie dziewek różnych nacji incognito na Grzybów zjeżdżali.
Kto nie wierzy, niech imć pana Morsztyna sobie poczyta ... on sam w naszej gospodzie zimnym piwem łeb rozpalony chuciami chłodził i fraszki pisał:
" ... Śmiejesz się, gdy cię heblują na ławie
A potem płaczesz, kiedy już po sprawie
Skądże-ć to ? Czy-ć żal, że cię obłapiano?
Czy że tylko raz i poprzestano ? ..."
Wesoło było w gospodzie za czasów sławnego pana Andrzeja i jego kompaniji, oj wesoło, uciechom i figlom przy suto zastawionym stole końca nie było.
Ustatkował się imć pan Morsztyn wreszcie i poślubił piętnaście lat młodszą nadobną Katarzynę Gordon of Huntly ...Szkotkę spokrewnioną z królewską rodziną Stuartów. Kasieńkę swoją gładkolicą też tu przywiódł, aby polskich mięsiw posmakowała i królewskim krewniakom gospodę rekomendowała. I tak stół z pysznościami z gospody na Grzybowie znanym się stał...w samej Anglii i Szkocji dalekiej.
A wiecie co się zdarzyło w gospodzie sto lat potem? Upijcie piwa bo z ławy spadniecie!
W roku pańskim 1765 w Warszawie zjawił się najsłynniejszy w dziejach uwodziciel Giovanni Giacomo Casanova. Warszawa za króla Stasia bawiła się wesoło, a na salonach pięknych dam i damulek do amorów nie brakowało. I oto na przedwiośniu 1766 roku napytał sobie słynny Casanova biedy. Oczywiście o kobietę poszło, uroczą włoską aktoreczkę, w której podkochiwał się znany hulaka i zawadiaka, generał artylerii litewskiej Franciszek Ksawery Branicki. Scysja obu panów w garderobie aktoreczki zakończyła się wzajemną obrazą i ...wyzwaniem na pojedynek. Rankiem 5 marca 1766 roku panowie w towarzystwie honorowego świadka generała Czapskiego udali się powozem do ogrodów na Woli szukać ustronnego miejsca na pojedynek. Stanęło na pistoletach. Padły strzały. Casanova ranny w rekę ustał, ale Branicki zalany krwią padł na ziemię. Kula trafiła go z prawej strony brzucha i wyszła po stronie lewej pod ostatnim żebrem. Rana wyglądała na śmiertelną. Służba generała chciała natychmiast rozsiekać Casanovę szablami, ale ten ich powstrzymał. Rannego zaniesiono do najbliższej gospody, traf chciał, że była to gospoda na Grzybowie gdzie teraz jadłem i piwem się delektujecie. Ranny Branicki wyszeptał:
- Zabiłeś mnie Waćpan. Ratuj się , bo grozi ci śmierć na szafocie, nie trać czasu, uciekaj!
To mówiąc chciał nawet Casanovie wręczyć sakiewkę z dukatami, ale Casanova pieniędzy nie przyją i natychmiast opuścił gospodę. Przygodnie spotkany chłop podwiózł go saniami na ulicę Senatorską i ranny Casanova schronił się w klasztorze franciszkanów. A do gospody zjeżdżali w tym czasie przyjaciele Branickiego, poszła fama, że generał jest umierający. Zawrzało w całym mieście. Cyrulik, który zjechał do gospody u zbiegu dzisiejszej ulicy Waliców i Grzybowskiej dobrze jednak rany opatrzył, a że kula nie uszkodziła ważnych arterii i generał przeżył. Pojedynek znanego w całej Europie uwodziciela z polskim magnatem i przyjacielem króla stał się sensacja towarzyską na salonach całego kontynentu. Mówiono i rozprawiano o nim w Paryżu, Wenecji, Wiedniu, w Rzymie, Moskwie i Londynie. Kto nie wierzy lub kto ciekaw co dalej było niech zajrzy do pamiętników Casanovy lub do wspomnień słynnych ludzi epoki. Sam król się tym pojedynkiem żywo interesował, relacji generała Czapskiego dokładnie wysłuchał.
Do gospody na Grzybowie zjeżdżali bezustannie ciekawscy oglądać ławę splamioną krwią Branickiego, a i ostawali na smakowitym posiłku. Bywali tu i na kufelku piwa i pieczystym oficerowie ze słynnej Szkoły Rycerskiej, a między nimi zdolny młodzian Tadeusz Kościuszko, który w gospodzie swój awans na kapitana w roku 1769 świętował mając ukończone lat dwadzieścia trzy. Niestety, przyszły inne czasy, słynni bywalcy na pola bitew ruszyli. Gospoda wraz ze słynną ławą spłonęła pamiętnego roku 1831, w czasie powstania listopadowego, gdy Moskale zdobyli Wolę bronioną przez starego generała Sowińskiego. Ale to temat na kolejne opowieści...
Odrestaurowana gospoda tętni dzisiaj życiem. Radujcie się, jedzcie, pijcie, pasa popuszczajcie bo wszystkiego tutaj dostatek i jak drzewiej bywało, chcemy gościć po staropolsku wszystkie nacje, radować się i muzykować w najrozmaitszych językach.
Vivat goście!
Dla niedowiarków co to historykom nie wierzą, Morsztyna fraszek nie czytali, a Casanovę uważają za postać wymyśloną przez literatów odsyłamy do ksiąg, gdzie wiele niezwykłych i ... prawdziwych opowieśći wynajdą. Oto najważniejsze:
G.G. Casanova - Pamiętniki - Warszawa 1961
Jan Andrzej Morsztyn - Wybór poezji Warszawa 1988
Archiwum Główne Akt Dawnych - Listy osób różnego stanu do hrabiny Potockiej
Polska Stanisławowska w oczach cudzoziemców Warszawa 1963
|